Cała nadzieja w Rebelii, czyli Łotr 1

Nie będzie to, jak niektórzy mogli sobie pomyśleć po przeczytaniu tytułu, wpis polityczny. Po prostu nadszedł ten czas w roku, kiedy do kin wszedł Łotr 1 -  nowy film z uniwersum Star Wars i właśnie dziś obejrzałem go z synem w kinie.

Właśnie wróciłem do domu i postanowiłem spisać na gorąco swoje wrażenia. Film jest dobry, ale nie zaliczyłbym go do kanonu. Po pierwsze, nie opowiada losów znanych nam z wcześniejszych części bohaterów sagi. Owszem, pojawia się Lord Vader, dusi i nakurwia czerwonym mieczem jak za dawnych lat, ale nie o niego w tym filmie chodzi. Jest komputerowo odtworzona księżniczka Leia, i nieżyjący od ponad dwudziestu lat admirał Tarkin. Też nie grają tu głównych ról. Te należą do młodych aktorów, na całe  szczęście jeszcze niezbyt mocno opatrzonych. Forest Whitaker - chyba najbardziej znany aktor na planie Łotra 1 też nie gra bardzo ważnej roli, w dodatku ginie dosyć szybko.

Felicity Jones grająca Jyn Erso (nigdy chyba nie zapamiętam imion tych nowych bohaterów, ani Łotra 1 ani Przebudzenia Mocy) daje radę. Kolesie grający pilotów, czy Rebeliantów już jakby mniej. Szczególnie nijaki był tytułowy bohater, były imperialny pilot, który wymyśla sobie kryptonim Łotr 1. Jakiś taki nijaki. Może to kwestia polskiego dubbingu, który moim zdanem był gorszy niż w Przebudzeniu.

Co zatem sprawia, że Łotr 1 to dobry film? Dwie rzeczy scenografia i historia.

Dlaczego scenografia? Otóż w odróżnieniu od reżyserowanych jeszcze przez Lucasa części 1-3 gra ona tutaj sporą rolę. Nie mówię oczywiście o kosmicznych bitwach, wiadomo, że te są zrobione w całości w CGI, ale już wnętrza statków, czy bazy Rebelii są robione tradycyjnymi metodami. I wygląda to świetnie! Statki Rebelii są poobijane jak sprowadzone z Niemiec bezwypadkowe Audiki funkiel nówki, a w imperialnych pomieszczeniach panuje sterylny, korporacyjny ład i porządek. Rownież kostiumy doskonale oddają różnicę między Imperium a Rebelią.

Dlaczego historia? Bo jest generyczna u uniwersalna. Nie spojlerując zbytnio powiem, że mogłaby być opowiedziana w każdych realiach historycznych. Starożytny Egipt, Rzym, Hitlerowskie Niemcy? Proszę bardzo. Myślę, że nawet w uniwersum Bonda historia opowiedziana w Łotr 1 też by była świetnym filmem.

Ta historia to klasyczne klisze i archetypy przeniesione dawno dawno temu w odległą galaktykę.

Są jeszcze smaczki i nawiązania do klasyki kina. Ja tam widziałem na przykład, piękną bitwę na plaży w Normandii.

Całość filmu podkreślona jest świetnym udźwiękowieniem (ach te wybuchy i strzały w próżni) i choć muzyki nie robił  nieśmiertelny John Williams, lecz Michael Giacchino to całość brzmi nieźle (chociaż klasycznego Star Wars Theme tu nie uświadczysz).

Podsumowując: Łotr 1 to świetne kino rozrywkowe, a to jak się wpisuje w kanon sagi to już inna sprawa. Zobaczyć trzeba.