Prince. Drugiego takiego już nie będzie.

Dziś rano napisałem na Facebooku: God save the Queen. Królowa Elżbieta druga skończyła bowiem 90 lat. Nie sądziłem, że God będzie tak okrutny i żeby mu się zgadzało w rachunkach musiał się do niego pofatygować Prince.

Prince R.I.P.Widziałem Go na żywo. W 2011 roku na Openerze. To był mój koncert marzeń. Primus, a zaraz potem Prince. Wcześniej jeszcze Asteroid Galaxy Tour. Wszystkie trzy świetne. Ale wtedy zdałem sobie sprawę jaka jest różnica między AGT a artystami takimi jak Prince, czy Michael Jackson. Ci dwaj tworzyli historię muzyki, historię MTV a te inne zespoły są po prostu produktami. Produktami wytwórni muzycznych, MTV i innych stacji telewizyjnych. Często nawet o tym nie wiedząc inspirują się dokonaniami tych wielkich z lat 80.

Prince był WIELKI (ok, nie w sensie fizycznym, ba jesteśmy dokładnie tego samego wzrostu), wielki w swoim muzycznym geniuszu. Dostrzegł to swego czasu Miles Davis, który był małym księciem zachwycony. Widział w nim kogoś, kto wytyczy nowe ścieżki w czarnej muzyce i muzyce w ogóle. Poprosił go nawet o przygotowanie jednej kompozycji na swoją płytę. Prince przygotował jeden kawałek, potem posłuchał co Miles z ekipą już nagrali i stwierdził, że jego kompozycja nie pasuje i wycofał ją. Panowie zagrali potem jeden wspólny kameralny koncert w Paisley Park. Słyszałem go świetny.

Prince komponował, aranżował i grał na niemal wszystkich instrumentach. Takich geniuszy muzycznych jest niewielu. Jest jeszcze Marcus Miller, jest Lenny Kravitz. To goście, którzy mogą wejść do studia i całą płytę nagrać samemu. Wszyscy czarni.

Prince komponował i aranżował również dla innych. Nothing Compares 2U znany z wykonania łysej Irlandki, to jego kompozycja. Manic Monday - kawałek, dzięki któremu znana stała się grupa The Bangles, też.

Był artystą bardzo płodnym. Wydał kilkadziesiąt płyt. Kiedy chciał się rozstać z Warnerem, a miał zakontraktowane jeszcze trzy płyty wszedł do studia i nagrał "na odczepne" trzypłytowy album Emancipation. Co to za płyta! Kilkadziesiąt piosenek i każda dopieszczona do bólu. Holy River z tego albumu powala mnie na kolana.

Wcale nie jestem jakimś wielkim fanem Purple Rain, Diamonds and Pearls, czy kilku innych tzw. Greatest Hits. Są płyty, które przeszły niemal bez echa - jak na przykład Come, gdzie sekcja dęta NPG Horns robi takie rzeczy, że to aż nieprawdopodobne. Wiele razy nastawiałem ją sobie "na sen" i nigdy nie udało mi się usnąć przed jej końcem.

Każdy jego show był dopracowany w najmniejszych szczegółach: muzyka, stroje, choreografia. Pamiętam z koncertu w Sopocie taki obrazek, Prince gra solówkę na gitarze i tańczy. Akurat było duże zbliżenie na niego na telebimie. Kończy solówkę z gitarą nad głową w pełnym piruecie. Wyciąga ostatni dźwięk i tańcząc dalej odrzuca gitarę gdzieś w kąt sceny. Dokładnie w tym momencie zza kurtyny wychyla się czyjaś ręka, łapie gitarę, przeciera gryf szmatką i stawia na stojak. Wszystko obliczone co do milimetra i wytrenowane na dziesiątkach prób. A teraz gwiazdami "muzyki" są jacyś kolesie z laptopami, czy trzęsące dupami laski, które bez autotune nie potrafią zaśpiewać nawet wlazł kotek na płotek.

Prince dał mi w życiu dużo radości. Jeszcze trzy tygodnie temu mój znajomy byl na jego koncercie w Toronto. Show był jak zwykle perfekcyjny, a Prince wydawał się być w rewelacyjnej formie jak na kolesia bliżej sześćdziesiątki niż pięćdziesiątki.

Będzie mi Ciebie brakowało You Sexy Mother Fucker.