Szkoła to zło

uczniowieWesoła szkoła wciąż mi się śni, bez słowa ,,muszę", ona musi, ono musi! Wesoła szkoła to ja i ty, nie zakazów, nakazów sieć. Ten mokry sen Krzysztofa Antkowiaka od 25 lat nie może się jakoś spełnić.

Od jakiegoś czasu tkwiłem w mylnym błędzie, że swoją edukację zakończyłem już kilkanaście lat temu, uzyskując dyplom. Niby tak, ale jednak nie do końca.  Jako ojciec dziecka w wieku szkolnym muszę całą edukację przechodzić od nowa.

Na razie to dopiero druga klasa, więc teoretycznie powinno być łatwo. Owszem, z materiałem jeszcze sobie jakoś radzę, ale ze szkołą jako emanacją systemu edukacji już nie za bardzo.

Systemu, któremu chyba najbardziej przeszkadzają rodzice, i który chyba doskonale poradziłby sobie i bez dzieci. Bo dzieci są różne i za nic w świecie nie dają się ułożyć pod linijkę, a jeszcze czasami rodzice przychodzą i czegoś od szkoły wymagają! I jak to potem w Excelu wysłanym do kuratorium wygląda?! Jak gówno w lesie - jak mawiał Stanisław Anioł.

Młody, przychodzący do pracy Nauczyciel, nawet pełen dobrych chęci , spętany jest przez system i nadrzędny cel - realizacje programu. Słabszych więc się na siłę naciąga, a tych bardziej zdolnych indywidualistów upierdala do równego poziomu bez znieczulenia. W szkole nie ma miejsca na własne pomysły i twórcze rozwijanie własnych pasji, a wszelkie przejawy indywidualności są szybciutko utrącane. Przykład? Proszę bardzo: Przed Świętami w szkole Młodego odbywał się kiermasz świąteczny. Dzieci sprzedawały wykonane przez siebie ozdoby choinkowe, zysk miał iść na jakieś rozrywki (wycieczki, kino, itp). Koleżanka z klasy syna, wyciągnięta jak struna na paluszkach przykleja do szklanych drzwi wejściowych własnoręcznie wykonany plakat. Taśmą klejącą. Nagle podbiega z rykiem Pani mająca dyżur na korytarzu, wyrywa dziecku z ręki plakat i KRZYCZY - Co ty robisz?! te drzwi były niedawno myte! I tak wyszło, że szkoła stawia wyżej pracę pani sprzątaczki nad twórczą i organizacyjną inicjatywę dziecka.

Instytucja

Szkoła, nawet mała, to zawsze instytucja. Wszystko co inne, ponad normę stanowi problem. A mój mały syn to wielki problem. Syn jest na najmodniejszej w tym sezonie diecie bezglutenowej i musi ją stosować do końca życia. W szkole na moje oko jest kilkanaście dzieci z podobnym problemem. Skąd wiem? Liczę pudełka zostawiane w stołówce! Tak, od ponad 2 lat dymam codziennie z pudełkami do szkoły, bo szkolne specjalistki od żywienia dzieci przerasta dieta bezglutenowa! Jakoś ja i żona musieliśmy bardzo szybko dorosnąć do celiakii, poradziliśmy sobie w naszej siedmiometrowej kuchni, a tam hektary blatów i szafek, 8 specjalistek... i nie da rady. Nie możemy się dostosować, za duże oczekiwania.
I teraz wisienka na torcie. Obiad w szkole kosztuje 6,50. Ja bym chętnie zabulił te 6,50, mogę nawet więcej, byle nie smażyć kotletów/ naleśników/ warzyw co wieczór. Obiad jest w szkole taki tani, bo dofinansowuje go gmina, płacąc za pensje specjalistkom od żywienia (które sobie wybierają dzieci do karmienia), za prąd, gaz, płyn do garów. Czyli kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, ja też płacę na tą pomoc społeczną dla wszystkich i dymam z pudełkami.

Instytucjonalny home schooling

Kolejny przykład - prace domowe. Nie zdążyliśmy zrobić wszystkich ćwiczeń? Zadajmy pracę domową! Na jednej z wywiadówek dowiedziałem się, że to "naturalne", że rodzic siedzi z dzieckiem i odrabia pracę domową. Gdy ośmieliłem się nie zgodzić, mówiąc, ze w ponad połowie krajów na świecie prac domowych się nie zadaje, zostałem ofuknięty przez całe towarzystwo! Że jak to tak musi być, że rodzic siedzi z dzieckiem i odrabia prace domowe. Powiedziałem wtedy, że jak się nad tym głębiej zastanowić, to szkoła i chodzenie do niej też wcale nie jest takie naturalne. Gdyby spojrzenia mogły zabijać, wyglądałbym jak po rozstrzelaniu przez sprawny pluton egzekucyjny.

No więc Młody odrabia te prace domowe. Ja pilnuję, żeby odrobił wszystko, co miał zadane. Czasem robi po swojemu, czasem z błędami. Nie poprawiam, lekcje ma odrabiać sam, a błędy zostawiam, żeby pani wiedziała, z czym dziecko ma problemy. Taka kompletnie nowa i niezrozumiała koncepcja, że ojciec wychowuje, a pani uczy. Kompletnie. No kosmos, w zeszycie będzie na czerwono.

Nie taki nauczyciel zły

Żeby nie było, że tylko szkołę hejtuję. Wiem, że ciągle w systemie pracuje wielu nauczycieli z powołania, takich którym się jeszcze chce i którzy robią wiele więcej niż teoretycznie pozwala im system. To nauczyciele skupieni na dzieciach, a nie na realizacji programu. Część z nich się po kilku, kilkunastu latach wykrusza, poddaje i płynie z nurtem do spokojnej emerytury.

Bo nauczyciel teraz też nie ma łatwo. Za moich szkolnych czasów (a kończyłem klasyczną, ośmioletnią podstawówkę) nauczyciel to był ktoś! Ktoś kto miał autorytet i w kogo należało patrzeć jak w obrazek. Ktoś kto, za złe zachowanie mógł postawić do kąta a nawet przygrzać linijką w łapę! Sam parę razy dostałem i jakoś nie wyrosłem na seryjnego mordercę, chcącego się zemścić za poniesione w dzieciństwie krzywdy. Uczeń i jego rodzice czuli autorytet nauczyciela, a szkoła to było jego podwórko, na którym trzeba było grać według nauczycielskich zasad.

Dzisiaj  szkoła przez"roszczeniowych rodziców" często traktowana jest jak dostawca usługi edukacyjnej. przychodzą z podejściem: ja płacę, ja wymagam. Argumentują, że pensja nauczyciela jest płacona z ich podatków i szkoła ma zapewnić dziecku wszystko, oni zaś w proces edukacji i wychowania się angażować nie będą bo maja pracę, klientów, projekty i na projekt dziecko zwyczajnie nie starcza im już czasu. I tak szkoła staje się tylko przechowalnią dla dzieci, a prawdziwa edukację i wychowanie zdobywa się gdzie indziej.

Ja sam twierdzę, że wychowałem się i wykształciłem pomimo szkoły, czego i Waszym dzieciom życzę.