Jony Ive - recenzja niepotrzebnej biografii

jony iveJakiś czas temu zrobiłem mały coming out i wyznałem, że jestem fanboyem Apple. Jak każdy fanboy czekałem na tę książkę: Jony Ive geniusz, który zaprojektował najsłynniejsze produkty Apple.

Czekałem, polowałem na kody, brałem udział w różnych konkursach. Nie udało się. Trudno, trzeba będzie kupić - pomyślałem. Wiedziałem, że książka jest dostępna w iBook Store, Empiku i w kilku innych e-księgarniach. W ostatnim odruchu rozpaczy zajrzałem jeszcze na Legimi (tak, mam tam abonament). Była! (podobnie jak biografia Jobsa). Hurrra! Ucieszyłem się, że zaoszczędziłem pieniądze, a po przeczytaniu książki odetchnąłem z ulgą, że nie straciłem trzech dych.

Co z tą książką jest według mnie nie tak? Wydawać by się przecież mogło, że zarówno opisywany podmiot, jak i osoba autora (Leander Kahney, to przecież autor między innymi The Cult of Mac czy Cult of iPod) gwarantują powstanie dzieła, które czyta się z wypiekami na twarzy.

Moim zdaniem tak nie jest. Dlaczego? Z kilku powodów. Otóż przede wszystkim książka ukazała się za wcześnie! Jony przecież nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w Apple, w designie w ogóle! Pod tym względem książka przypomina mi pisane na szybko po meczu z Realem biografie Roberta Lewandowskiego, które zalegają teraz na pocztach po 10 zł. Pisać teraz biografię Ive'a, to trochę tak jak napisać biografię Sashy Grey, która owszem zakończyła pewien etap w swojej karierze, ale dalej jest artystycznie płodna.

Książka jest również napisana dosyć płytko i trochę po łebkach. Autor chwali się, że materiałem do książki było kilkadziesiąt rozmów z różnymi współpracownikami  Ive'a, ale w książce jakoś tego kompletnie nie widać. Jest trochę ciekawostek z gniewnej i chmurnej młodości w Anglii, ale już o czasach Jony'ego w Apple nie dowiedziałem się Niczego Nowego.

Mam wrażenie, że autor nie miał dobrego dostępu do źródeł i korzystał z dobrodziejstw Wujka Google do wyszukiwania informacji o podmiocie swojej książki. Niektore ustępy wydają się wręcz być przeredagowanymi fragmentami książki Waltera Isaacsona.

To, co książka może zmienić w nastawieniu  czytelników to podejście do projektowania. Nie tylko do projektowania przemysłowego, ale do projektowania jako takiego. Otóż z książki jasno wynika, że projektowanie to długi i bolesny proces z mnóstwem ślepych uliczek. projekt nigdy nie "robi się sam" i choć czasem efekt wygląda tak, że "Mój dziewięcioletni syn zrobiłby to w 20 minut, a Pan chce 3500 zł netto!" to płacimy głownie za wykształcenie i doświadczenie projektanta, który im lepszy, tym mniej widać jego pracę.

Zresztą oddajmy głoś bohaterowi recenzowanej książki. Niech Jony Ive obroni się sam. Naprawdę nie jest mu do tego potrzebny Leander Kahney!