Przyszła koza do woza czyli moje 5 minut sławy.

Social media to potęga. Tak czytałem. Wszyscy też znamy historię, jak to dzięki Twitterowi czy Facebookowi udało się zebrać pieniądze na operację chorego dziecka, zamienić na jeden dzień San Francisco w Gotham City, wypromować celebrytę czy zniszczyć karierę politykowi. Takiemu, jakim próbuje być Piotr Guział. 

Takie historie zdarzają się gdzieś w Ameryce, a u nas w Polsce to może co najwyżej Kominek, Zbigniew Hołdys, czy Radek Sikorski mają coś na tym Twitterze do powiedzenia. Tak myślałem, aż do pewnej niedzieli - 17 listopada.

Od czasów “przedreferendalnych” śledzę sobie na Twitterze oficjalny profil Piotra Guziała burmistrza mojej dzielnicy - Ursynowa. W tę właśnie pamiętną niedzielę - kiedy zdarzyła się awaria nowego ę ą składu metra - Inspiro Piotr Guział napisał, że podobno pociągi te mają dopuszczenie tylko do przejazdów technicznych. Ja wtedy żartem zaproponowałem profesora Glińskiego na “maszynistę technicznego”.

- To Pana kumpel więc niech Pan dzwoni - odpowiedział mi Burmistrz.

- mój? - zapytałem, wklejając jednocześnie zdjęcie z konferencji prasowej, na której obaj Panowie siedzą obok siebie.

Odpowiedź Burmistrza sprawiła, że przez kilka chwil przecierałem oczy ze zdumienia.

Podobno widziano Pana w metrze z gościem, który bzyka kozy. Kozojebca? Czy naduzywam? 

Dla pewności przeczytałem to kilka razy, sprawdzając na wszelkie, znane mi sposoby, kto jest rzeczywistym nadawcą.

A tak to wyglądało w twitterowym timelinie:

rozmowa Guział

W ciągu kilku minut okazało się, że nie tylko ja śledzę profil Burmistrza Guziała. Pierwszego retweeta zrobił chyba Łukasz Mężyk zaraz po nim Agnieszka Gozdyra  a potem to już poleciało…

Po chwili musiałem wyciszyć powiadomienia Twittera, bo od tego pikania głośnik telefonu dostawał chrypki. Komentarzy przytaczał nie będę - możecie poszukać sobie sami.

Jeszcze tego wieczora artykuł o mojej konwersacji z Gburmistrzem (takie miano szybciutko Twitter nadał  Guziałowi ukazał się na “jedynce” natemat.pl a do południa następnego dnia historia ukazała się jeszcze na gazeta.pl, internetowych stronach Faktu, czy w warszawskiej części TVN24.

Tysiące komentarzy, setki udostępnień - większość ze screenami z konwersacji z moim nickiem lub pełnym imieniem i nazwiskiem. Na jeden dzień stałem się sławny, Ba, stałem się nawet mikrocebrytą!

Piotr Guział próbował nieporadnie się bronić, tłumacząc, że on tylko dostosował język do poziomu dyskusji w internecie, a w ogóle to jego prywatny profil i może pisać co chce. Ot, zwykłe odwracanie kozy, tfu, przepraszam kota ogonem. Komentujący w większości zjedli go na surowo, choć i mnie się w komentarzach dostało. Zostałem nazwany oszołomem, dzieckiem Neostrady (choć mam prawie cztery dychy), prowokatorem z Agory, czy gówniarzem.

tłumaczenia Guział

Po początkowym angażowaniu się w dyskusję - odpuściłem. Śledziłem ją już tylko z ciekawością badacza, patrząc jak zatacza coraz szersze kręgi i  odbija się echem w coraz to innych mediach.

Cała ta sprawa pokazała mi jak na dłoni potęgę social media. Ja, skromny “internauta”, mieszkaniec Ursynowa nieledwie od 3 lat nadepnąłem mocno na odcisk facetowi, który o mało nie wysadził z siodła prezydent Warszawy i nie przearanżował polskiej sceny politycznej. Jeżeli Piotr Guział znowu zdecyduje się kandydować na kogokolwiek, jestem pewien, że na niejednym spotkaniu wyborczym rozlegnie się gromkie “Meeeeeeeee”.

Ot jeden mały, nieprzemyślany tweet w niedzielny wieczór jednemu może zrujnować dobrze zapowiadającą się karierę polityczną, a drugiemu zapewnić 5 minut mikrocelebryckiej sławy.

Parafrazując słowa starego przeboju: You gotta tweet me right!