Marketing konferencyjny

Marketing to bardzo szeroka dziedzina wiedzy, choć nadal trwają spory, czy można go nazwać nauką. Można go też dzielić na wiele różne sposoby i według różnych kategorii. Rozważmy nowy podział: marketing realny i marketing konferencyjny.

Najwybitniejszy Polak XX wieku - Stanisław Lem napisał kiedyś w swojej znakomitej książce Kongres Futurologiczny bardzo celne spostrzeżenie o naukowcach: "Jak wiadomo, uczeni dzielą ̨ się ̨ dziś na stacjonarnych i jeżdżących. Stacjonarni po staremu prowadza ̨ różne badania, jeżdżący zaś uczestniczą we wszech- możliwych konferencjach i kongresach międzynarodowych. Uczonego tej drugiej grupy łatwo rozpoznać: w klapie nosi zawsze mała ̨ wizytówke ̨ z własnym nazwiskiem i stopniem naukowym, w kieszeni — rozkłady jazdy linii lotniczych, podpasuje się ściągaczem bez części metalowych, a także jego teczka zamyka sie ̨ na plastykowy zatrzask — wszystko, aby nie uruchamiać niepotrzebnie alarmowej syreny urza ̨dzenia, które na lotnisku prześwietla podróżnych i wykrywa broń sieczną oraz palną. Uczony taki fachową literaturę studiuje w autobusach linii lotniczych, w poczekalniach, w samolotach i w hotelowych barach."

Mądre i prorocze słowa, chociaż napisane ponad 30 lat temu.

konferencja

Moja skrzynka mailowa, wall na Fejsie i tajmlajn na Twiterku puchną od zaproszeń na różne branżowe konferencje marketingowe oraz relacji z nich. Te same twarze, te same nazwiska, takie same słitfocie. Prezentacje też się prawdopodobnie nie zmieniają zbyt często.

Zastanawiam się ilu z tych prelegentów zrobiło ostatnio jakąś kampanię z prawdziwego zdarzenia (nie autopromocję, czy promocję książki kolegi-blogera). Czy nie jest tak, że niektórzy z nich odcinają już kupony od rzeczy robionych kilka, kilkanaście lat temu.

Mam wrażenie, że prawdziwi specjaliści od marketingu siedzą cichutko w swoich biurach i PRACUJĄ. Tworzą mniej lub bardziej udane kampanie dla KLIENTÓW, tworząc jednocześnie case'y, którymi potem posługują się marketingowcy konferencyjni w swoich prezentacjach. Siedzą cichutko i zarabiają pieniądze nie widząc konieczności sprzedawania swego wizerunku na kursokonferencjach, zjazdach konwentach i innych nasiadówkach. I wcale nie muszą też pisać blogów. Owszem pewnie jakieś czytają. Guya Kawasakiego, Setha Godina, Vaynerchuka.

Mam wrażenie, że te dwa marketingowe światy coraz bardziej oddalają się od siebie a młodzi wannabe marketing ninjaz czerpiąc wiedzę z konferencji i blogów budują sobie fałszywy obraz tego, jak wygląda praca w marketingu. Troszkę to przerażające, biorąc pod uwagę fakt, że częśc z nich tę wymarzoną pracę w marketingu/reklamie w końcu znajdzie i będą wdrażać "mądrości" wyniesione z lektury blogów i kursokonferencji.

A może to już się dzieje?