Co z tego, że rok mobile, jak w sieci sami debile

Kolejny rok, jako rok mobile wieszczony jest w zasadzie co roku. Tak od jakichś 5 lat. Ciągle się okazuje, że jednak nie ten, że może następny. Ja po swoich ostatnich doświadczeniach mówię, że to już.

Tak się ostatnio złożyło, że trafiłem na tydzień do szpitala. Od rozpoznania do meldunku na oddziale minęło mało czasu. Mało też czasu miałem na rozsądne spakowanie. Wysoka gorączka nie ułatwiała racjonalnych decyzji przy wrzucaniu różnych rzeczy do walizki w kropki. Skończyło się na tym, że w kieszeni spodni miałem iPhona 5s, w kurtce ładowarkę i w połowie rozładowanego Kindla.

W szpitalu po przebrnięciu wszystkich procedur związanych z przyjęciem wylądowałem na sali. Wyfasowałem pierwszą kroplówkę i leki przeciwgorączkowe. Ochłonąłem. Będę żył. Choć już pręga szła do serca, a doktor Google mówił, że umieram.

Pierwszy szok - szpital nie ma WiFi dostępnego dla pacjentów. A ja nie zabrałem iPada, ani żadnego laptopa! Co teraz? Mówi się trudno i serfuje dalej. Mam przecież aż 5 giga internetu - pomyślałem sobie (i to nawet LTE - wywalczone po długich bojach z operatorem). Powinno starczyć. Starczyło. Z nogą w kieszeni. I tak iPhone stał się moim centrum łączności ze światem. I żeby nie było, że tylko maile, fejsik i stronki. Kochana żona miała mi przywieźć brakujące rzeczy. Jedzie. Komunikacją. Dzwoni do mnie w biegu, a ja jej sprawdzam siatkę połączeń. Trafia bezbłędnie i zdąża. Posiłki dowiezione - w tym kabelek do ładowania Kindle. Leżę, czytam, wchłaniam kroplówki jak gąbka. Będzie dobrze.

Kolejnego dnia Żona do mnie nie przyjedzie. Ma wyjazd służbowy do miasta - bazy radia z twarzą. Musi się tam przemieścić, zjeść w bezglutenowej knajpce i wyjechać stamtąd. I tu znowu rok mobile objawił się z pełną mocą. To ja, ze szpitalnego łóżka bylem logistic managerem tej podróży. Jakdojadę, rozkład PKP, sprawdzenie menu w restauracji, lokalizacja po street view właściwego klocka na obcym blokowisku. Wszystko jedną ręką, bo w drugiej wenflon z kroplówką.

W międzyczasie rozmawiałem z zaniepokojoną rodziną przez FaceTime, robiłem updaty  kilku stron na WordPressie i takie tam.

Uner pączki

Uner pączki

Nastał czwartek. Ten tłusty. Nie spodziewałem się pączków w szpitalu. No nie i już. Z pomocą przyszedł mi Uber z jego akcją Uberpączki. Zobaczyłem ich bannerek w jakiejś durnej aplikacji, może info o akcji dotarło do mnie przez Twittera. Nie pamiętam. Zapytalem ich tylko na fejsie, czy dowiozą do szpitala. Challenge accepted - odpowiedzieli, i rzeczywiście jeszcze przed szpitalnym śniadaniem mogłem się cieszyć czterema pysznymi pączkami. Spokojnie, zjadłem tylko jednego, trzy pozostałe powędrowały do uroczych pań pielęgniarek.

Po dwóch dniach spędzonych z iPhonem (i z Kindlem) przestało mi brakować iPada czy laptopa. Zresztą ww sprzęty są ciężkie i dwuręczne, a te, które miałem ze sobą można spokojne obsługiwać jedną ręką (w drugiej tkwi przecież wenflon, przez który sączy się dobro). Więc ogłaszam, że mój osobisty rok mobile zaczął się w lutym 2015 roku. Niedługo zresztą zmieniam iPhona na nowszy model, czym już jaram się jak most łazienkowski w walentynki.mój szpitalny setup

mój szpitalny setup

Teraz chyba czas rozwinąć drugą, nieco tajemniczą część tytułu.

Jak już się okazało, że będę żył i nie odejmą mi nogi, a podróże małe i duże zostały ogarnięte, zacząłem sobie chodzić po sieci czysto rozrywkowo. Przeleciałem RSSy w Feedly, przeczytałem subskrybowane magazyny we Flipboard, potem zaś nieopacznie zajrzałem do polskiego internetu (Gazeta, TVN24, WP, natemat, tzw. portale technologiczne ten anty i ten pająkowaty). I to był błąd. Duży błąd.

Oprócz newsów obiektywnych (wojna na Ukrainie, Obama, ISIS, itp) zobaczyłem 75% newsów z dupy. I to nie ze zwykłej, takiej ładnej i zgrabnej. To były newsy ze starej, pomarszczonej i udręczonej wieloletnimi hemoroidami dupy. Ta przyszła na imprezę z tym, usiadła i było jej widać, miała stanik, miał stanik, ci są razem, tamci tylko jedli, ale wiemy co i za ile, no a tamta się najebała i coś rozwaliła. I to nie były newsy schowane na samym końcu pod postacią niebieskiego szlaczka. Nie. Te newsy były WYJEBANE na jedynkę z dużymi zdjęciami i błyskotliwymi inaczej tytułami. Tytuły pisane ewidentnie pod SEO, tak żeby się dobrze klikały. A że czasem krzykliwy tytuł  nie znajduje odzwierciedlenia w treści artykułu? Who cares!!! Ważne, że klik i odsłona zliczone i można wystawiać fakturę. Tabloidyzacja na potęgę!

I te małe gówniane wojenki. WP podgryza onet, bloger podgryza blogera, tygodniki podgryzają się nawzajem, a dziennikarze dopierdalają sobie na Twitterze.

Potem było jeszcze gorzej, bo zacząłem czytać komentarze internautów. Dobrze, że bylem w szpitalu, to poprosiłem od razu o dużego czopka z walerianą. Modus operandi statystycznego komentującego jest taki, że zazwyczaj nie czyta artykułu, wystarczy mu tytuł. Profesjonaliści czytają jeszcze leady. A potem to już hejt, hejt, hejt sokoły! Jesteśmy zawsze na nie, nie? Artykuł o Apple? Srajfony albo gejfony. Ogórek? Ruchałbym! Frankowicze? Cwaniaczki i lemingi. I tak dalej, i tak dalej...

Raz czy dwa wszedłem w polemikę, na spokojnie bez hejtu z racjonalnymi argumentami. Jakbym rozmawiał o obrazach ze Stevie Wonderem. Nie da się, nie da i już.

Najmądrzejszy Polak XX wieku miał świętą rację. (A teraz użyję mema z Lema).

Lem Mem

Chyba po tej brutalnej lekcji ograniczę się do RSSów i zagranicznych serwisów. Szkoda zdrowia.